DLACZEGO MOGŁABYM RODZIĆ CO MIESIĄC? HISTORIA DOBREGO PORODU cz. 1

dnia

Szkic do tego wpisu zapisałam już kilka dni po porodzie, bez przekonania czy będę go w ogóle publikować. Bardzo chciałam, żeby mój poród był wydarzeniem, którego nigdy, przenigdy nie zapomnę. Do pewnego stopnia na pewno tak będzie, ale przecież wiele wydarzeń przeinaczamy z czasem. Coś odejmiemy, coś dodamy, podkoloryzujemy, przydramatyzujemy i proszę, nowe – stare wspomnienie gotowe.

Dlaczego w ogóle piszę o swoim porodzie?

Pomyślicie może, że to nie wypada pisać publicznie o tak intymnej sprawie, że to może nie przystoi, nie uchodzi i że „wstydu nie mam”. Część z was być może tak pomyśli. Ale ja powiem wam, że poród jest tak naturalną i nieodłączną częścią życia i każdy z nas go przeszedł, że szczerze mówiąc to ja nie rozumiem dlaczego się o tym nie mówi powszechnie.

A, i spokojnie. Nie będzie zdjęć :D

Osobiście miałam o porodzie dwojakie wyobrażenie. Z jednej strony opisywany mi był jako coś „pięknego i magicznego” i jak najbardziej rozumiem te kobiety, które właśnie tak poród opisują. Z drugiej strony jawił mi się jako coś „koszmarnego, bolesnego do nieprzytomności”. Nie wiedziałam co mnie czeka i jak ja do tego podejdę. Bo kobiety mają do porodu naprawdę bardzo różny stosunek i nie ma w tym odrobiny przesady kiedy mówi się, że absolutnie każdy poród i stosunek do porodu rodzącej, jest inny.

Z porodem wiąże się wiele mitów i wiele strachu. Osobiście uważam, że ciężarna, która ma to przed sobą pierwszy raz, powinna szukać i podążać tylko za pozytywnymi historiami i szczęśliwymi zakończeniami. Uważam też, że za dużo jest straszenia przyszłych mam, ogólnie.

Zakładam przy tym, że każda pierworódka powinna znać zagrożenia związane z porodem i być świadoma tego, co może się wydarzyć. Dotyczy to również komplikacji okołoporodowych.

Niemniej, słuchanie i czytanie tych wszystkich strasznych historii przed porodem jest moim zdaniem szkodliwe i tylko niepotrzebnie potęguje strach. A okazuje się, że jest wiele kobiet, które miały porody zajebiste! I uważam, że właśnie takimi historiami przyszłe mamy powinny się karmić. W moim przypadku się sprawdziło. Usłyszałam kilka historii mam, które swoje porody wspominają bardzo dobrze i bardzo mnie to wzmocniło.

W związku z powyższym, sama chcę opowiedzieć moją historię, bo jest bardzo pozytywna i pokazuje, że poród nie musi być straszny. Owszem to boli – nie będę cię oszukiwać, że nie czułam bólu, ale akurat mój poród nie był na żadnym etapie zmedykalizowany. A przecież istnieje coś takiego jak znieczulenie i jeśli boisz się porodu i rodzisz po raz pierwszy pamiętaj, że zawsze możesz o nie poprosić (oczywiście sprawdź wcześniej czy jest to możliwe w szpitalu, który wybrałaś).

Kolejną powodem, dla którego piszę o swoim porodzie jest to, że ja jestem za normalizowaniem wszystkiego, co wiąże się z… hmmm… chciałam napisać „kobiecością”, ale w sumie nie tylko z kobiecością. Jestem za normalizowaniem tego, co związane jest ogólnie z człowiekiem, niezależnie od płci. W kontekście kobiecości jestem więc za mówieniem o ciele takim, jakie jest – z „niedoskonałościami” i wszystkimi funkcjami, jakie spełnia.

Staram się więc nie mieć problemu, by mówić o menstruacji, porodzie, połogu, starzeniu się, menopauzie itd. Staram się tylko wyczuć rozmówcę, czy równie jak ja jest w stanie swobodnie o tym rozmawiać i dzielić się własnymi doświadczeniami i przemyśleniami (w większości jednak wyczuwam brak chęci do tak otwartej rozmowy, niestety). A, i użyłam słowa „staram się”, bo ja się wciąż tego uczę. Niestety nikt nigdy nie nauczył mnie jak rozmawiać o tym otwarcie, na luzie tak, jakbym opowiadała o porannej wyprawie po bułki.

Kolejnym powodem, dla którego to tutaj zostawiam jest po prostu fakt, że będę traktować to jak pamiątkę i jak mój syn już podrośnie, zamierzam wracać do tych notatek i wspominać.

Jaki był mój stosunek do porodu?

Powiem szczerze jak było. Przed zajściem w ciążę, o samym porodzie wiedziałam bardzo, bardzo niewiele. Nie wiedziałam, że ma jakieś fazy. Chyba nigdy nie rozmawiałam o tym dłużej, tak od serca z żadną dzieciatą koleżanką, oprócz wymiany ogólnych informacji typu „rodziłam X godzin„, „bolało jak skerwensyn„, „to najpiękniejsza chwila mojego życia„, „to najgorsza chwila mojego życia„.

Miałam jako takie wyobrażenie, ale okazało się być wypaczone np. przez filmy, na których kobieta leży na leżance, czerwona i spocona, lekarz w nogach oczekuje na przyjście dziecka, wianuszek pielęgniarek dookoła dzielnie dopinguje przyszłą mamę, a obok oczywiście mąż dzielnie ściskający swoją rodzącą żonę za rękę.

A to guzik prawda. Po pierwsze – mając ponad trzydzieści lat – nie wiedziałam, że porodu nie odbiera lekarz, tylko położna. Położna kojarzyła mi się z taką asystentką lekarza, trochę pielęgniarką, trochę „siostro skalpel”. A okazało się, że to właśnie położna prowadzi poród od początku do końca, a lekarz wchodzi na salę np. dopiero podczas komplikacji lub w innych wyjątkowych okolicznościach.

Po drugie – leżanka. Dopiero na szkole rodzenia, organizowanej na prędce (okazało się, że często pary przygotowują się do porodu ze sporym wyprzedzeniem) dowiedzieliśmy się, że poród to ruch. W trakcie wskazane jest więc chodzenie, skakanie na piłce, wykorzystywanie drabinek gimnastycznych, masaże, dotyk itd. Leżanka oczywiście też (i w moim przypadku większość porodu przeleżałam), ale ruch w porodzie to podstawa.

Po trzecie – słynne „przyj, przyj!”. Cóż, okazało się, że poród to wcale nie tylko słynne „przyj, przyj!”, tylko często wiele godzin czekania (w bolesnych skurczach) na odpowiednie rozwarcie, po którym to dopiero następują skurcze parte, podczas których bombel wychodzi na świat. Na filmach oszukują! Pokazują zazwyczaj tę ostatnią fazę porodu, a okazuje się, że czeka się na nią jak na zbawienie, oznacza ona bowiem bliski koniec tych męczarni.

Z własnego doświadczenia powiem, że dla mnie parte to pikuś ;), a przynajmniej tak to teraz pamiętam. Organizm właściwie sam rodzi dziecko – serio to jest tak dziwne uczucie, bo nie masz na to w ogóle wpływu, nie możesz nic zrobić, po prostu jedyne co możesz zrobić – to to przetrwać i pomóc dziecku przyjść na świat. To jest tak, jakby ktoś odebrał ci twoje ciało, zawładnął nim, a zostawił zszokowany, ale w pełni przytomny wszystkiego umysł. Po prostu to jest taka chwila, podczas której mózg staje w poprzek – można nazwać to jako np. odrealnienie.

Po czwarte – poród to czekanie i poród to samotność (no, z tym czekaniem to nie u mnie, ale zaraz do tego dojdziemy). Ogromnie mnie to zaskoczyło! Całe życie myślałam, że jak zaczynasz rodzić, to cały czas jest z tobą ktoś (jak wspomniałam wcześniej – myślałam, że to lekarz), kto od początku pojawienia się na porodówce, do końca porodu jest z tobą i nie opuszcza nawet na chwilę (bo przecież w każdej chwili się urodzi!). A w rzeczywistości jest tak, że położna przychodzi sprawdzić jak postępuje rozwarcie, czy wszystko ok i – jeśli akcja się nie na tyle nie rozkręciła – wychodzi.

Był taki moment podczas porodu – tuż po wejściu na porodówkę – w którym zostałam na sali zupełnie sama, aktywnie rodząc i to był ten moment, kiedy już mnie solidnie napierdalało (przepra za słowa, ale nie da rady tego inaczej nazwać). Mąż poszedł po moje rzeczy do samochodu (zaparkowanego w dłuższej odległości od szpitala), a położna wyszła pytać lekarza o znieczulenie (to już była ta faza porodu, kiedy stwierdziłam, że nie chojrakuję dalej i dooobra… już wezmę to znieczulenie, niechaj będzie).

A, no właśnie. Muszę zaznaczyć, że ja miałam dość sprecyzowany obraz tego jak mój poród będzie wyglądał. Nie wiem czy to intuicja, czy inny diabeł, bo większość elementów się finalnie potwierdziła i rzeczywistość wyglądała podobnie do wyobrażeń.


A jakie były moje wyobrażenia o moim porodzie? I jak to było naprawdę? Zapraszam na drugą część wpisu, która ukaże się już wkrótce!

To all pretty Mamas out there!

Podzielcie się swoimi doświadczeniami o porodzie! Jak było u was?

6 komentarzy Dodaj własny

  1. madkaroku pisze:

    Ja swój pierwszy poród wspominam całkiem fajnie. Może dlatego, że po znieczuleniu położyłam się spać i zasnęłam na kilka godzin. Położna i mąż usiłowali mnie dobudzić, delikatnie sugerując, że powinnam chyba trochę się skoncentrować i popracować odrobinę, ale ich olewałam i szłam dalej w kimono. Skończyło się cesarką…

    Polubione przez 1 osoba

  2. Herne pisze:

    Ja swój drugi poród opisałam u siebie na blogu (tutaj: https://pegazwgrochy.wordpress.com/2020/02/13/drugie-narodziny-matki/). A do pierwszego niespecjalnie chcę wracać ;)

    Widzisz, ja należałam chyba raczej do tej optymistycznie nastawionej grupy. Może nawet ZBYT optymistycznie ;)

    O znieczuleniu zewnątrzoponowym w obu szpitalach, w których rodziłam, owszem, słyszano ;) A wiesz co mi dano przeciwbólowego przy drugim porodzie? Paracetamol 🤪

    Polubione przez 1 osoba

    1. BIAŁY. pisze:

      Właśnie przeczytałam Twój wpis. Chwała Ci za opisanie tego wszystkiego 💙

      Paracetamol na bóle porodowe? Gdyby mi ktoś zaproponował tebletke z paracetamolem zamiast znieczulenia, o które proszę, tobym mu ja włożyła w tyłek przez gardło. Jak słowo daję.

      Polubione przez 1 osoba

      1. Herne pisze:

        No, śmiech przez łzy z tym paracetamolem. Dałam się nim zbyć czekając na łaskawe pozwolenie mi przeniesienia się na porodówkę. A na porodówce usłyszałam „ach, dostała już pani paracetamol, to nie możemy już dać nic innego przeciwbólowego” 🤪
        Ale przetrwałam jakoś te dwie godziny partych. Nie chciałam nacinania, a post factum dowiedziałam się, że mam budowę anatomiczną nieco utrudniającą wypchnięcie dziecka. Swoją drogą dość sporego. I w niesprzyjającej pozycji w leżeniu na plecach, bo tak położnym najwygodniej. O tym w sumie też się nie mówi – że takie „klasyczne” leżenie na plecach (w drugiej fazie) to w sumie dla kobiety najgorsza pozycja do rodzenia. Ja niby o tym wiedziałam już przed pierwszym porodem, ale co z tego, jak nie pozwalano mi przyjąć innej pozycji? ;)

        W każdym bądź razie – ja na pewno nie mogłabym rodzić co miesiąc. W zasadzie to te dwa razy w życiu już mi w zupełności wystarczą ;)

        Polubione przez 1 osoba

      2. BIAŁY. pisze:

        Kurczę, tak sobie myślę jak ważne dla dobrych wspomnień jest miejsce i personel, z którym się rodzi! Oburzajace jest to, że nie pozwolili Ci przyjąć innej pozycji, niż leżąca. 😤

        Tytuł jest trochę przewrotny, bo ja może i mogłabym rodzić często, of kors pod warunkiem że za każdym razem wyglądałoby to podobnie do 1szego razu, ale za to połóg dał mi tak w dupsko, że póki co – no, thanks. 😉

        Polubione przez 1 osoba

      3. Herne pisze:

        No kurczę, jak nie ciąża, to poród, jak nie poród, to połóg, jak nie połóg to dziecko ;) Zawsze coś/ktoś tej kobiecie musi dowalić… 🤪

        A wiesz, ja niby się całkiem przygotowałam, wybrałam szpital, poczytałam, etc. Fakt, że nie mam tak tragicznych wspomnień odnośnie personelu, co moja rodząca w latach osiemdziesiątych mama, ale plasuję się gdzieś w połowie skali pomiędzy nią, a rodzącą w prywatnej klinice w Paryżu w 2016tym siostrą ;)
        Tak jak piszesz – BARDZO wiele zależy od personelu, od jego wiedzy, empatii i chęci.

        Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s